Eve Dent: Fireplace, 2000, dzięki uprzejmości artystki i Mike Young

PERMANENTNY STAN NAWIEDZENIA

Polska jest totalnie widmowa. Od lat wczesnoszkolnych edukuje się nas głównie w temacie osób martwych. Ci wszyscy męczennicy, którzy oddali życie za ojczyznę, czy chcemy czy nie, mieszkają w naszych głowach. Przeszłość trzyma nas w szachu, dlatego powinniśmy nauczyć się miksować! Z filozofem Andrzejem Marcem, autorem książki Widmontologia. Teoria filozoficzna i praktyka artystyczna ponowoczesności, rozmawia Magda Roszkowska.

Niedawno nakładem wydawnictwa Bęc Zmiana ukazała się twoja książka Widmontologia. Teoria filozoficzna i praktyka artystyczna ponowoczesności. Jej głównym bohaterem jest Jacques Derrida – twórca tytułowego pojęcia. Po jej przeczytaniu czytelnik niezorientowany w filozoficznych sporach może odnieść wrażenie, że – choć wcześniej nie zdawał sobie z tego sprawy – jego sytuacja egzystencjalna przedstawia się dość mizernie, bo jako podmiot nawiedzany jest nieustannie przez widma, a właściwie to sam jest, podobnie jak wszystko dookoła, widmem, pogrążonym w „nieuleczalnej nostalgii” – przyszłość pozostawił daleko za sobą, więc nie ma po co wypatrywać lepszego jutra… Czy możesz wytłumaczyć, co jest stawką tego filozoficznego projektu i przeciw czemu jest on skierowany?

Głównym bohaterem tej książki jest rzeczywiście Derrida, a głównym jego atutem – fakt, że umarł, choć nawet kiedy żył, twierdził, że dzięki pisaniu może znaleźć się w archiwum, być martwym za życia. Bo według Derridy, kiedy zaczynamy pisać, to antycypujemy swoją śmierć. To jest w zasadzie jedyny filozof, który twierdził, że dzięki instytucji literatury staje się martwy i żywy zarazem. I dzięki niej staje się postacią widmową, bo przestaje mieć kontrolę nad tym, co mówi. Współczesna kultura fetyszyzuje obecność, choćby pod postacią wszechobecnych występów, relacji na żywo oraz związanego z nimi żądania autentyczności. Derrida zakwestionował pojęcie obecności, pokazując, że jest ono bezpośrednio związane z mową, natomiast w przypadku pisma kategoria obecności oraz źródła po prostu przestaje być użyteczna – pismo zwalnia autora z przymusu bycia obecnym, gdy go czytamy, obywamy się bez niego.

Filozofia obecności, panująca nieprzerwanie od czasu Greków, zaczęła słabnąć dopiero w połowie XX wieku i wtedy na scenę wkroczyły widma, które zaprzeczają tyranii obecności. Dla nas widma są istotne szczególnie w kontekście współczesnej technologii, która zapośrednicza naszą podmiotowość. Współczesna kultura wymusza odejście od tradycyjnego pojęcia obecności, myślenia, że oto ja jestem tutaj i posiadam samego siebie na własność. Na portalach społecznościowych przestajemy być podmiotami w mocnym sensie, a zaczynamy funkcjonować jak widma, trochę analogicznie do pisma, bo wpuszczamy głosy innych i wydajemy siebie na ich pastwę.

No dobrze, ale cofnijmy się może o krok i wytłumaczmy, dlaczego właściwie myśliciele zaczęli rozprawiać się z pojęciem obecności? Co oznacza – jak powiedziałeś – „tyrania obecności”? I jaki jest sens praktykowania myśli słabej, czyli właśnie widmowej?

To może zacznijmy od początku: ontologia, czyli obszar filozofii zajmujący się istnieniem, jest dość grubo ciosaną dziedziną, bo posługuje się linearnymi podziałami na to, co istnieje, czyli jest możliwe do opisania i zbadania, oraz to, co nie istnieje, więc w zasadzie nie ma o czym mówić. Jest to spojrzenie zero-jedynkowe. W historii filozofii różne ontologie posługiwały się różnymi kategoriami istnienia, ale nigdy nie podważały samego pojęcia istnienia, czyli tego, że coś jest obecne. Natomiast cały XX wiek sprzeciwia się myśleniu według tego klucza, przede wszystkim występując przeciw obecności dostępnego, trwałego i uchwytnego sensu, któremu podporządkowujemy nasze życia. XX wiek jest wiekiem nihilizmu – czasem podważania i uśmiercania do tej pory obecnych sensów. Można go zatem określić wiekiem nieobecności. Derrida twierdzi natomiast, że obecność i nieobecność stanowią lustrzane kategorie, bo o nieobecności możemy myśleć tylko w kluczu obecności – na tym polega ich dialektyka. Widma umykają tej dychotomii, bo z natury są zjawiskami słabymi, niejednoznacznymi. Nie tyle uśmiercają stabilne struktury ontologiczne, ile je nawiedzają, nękają, sprawiają, że ich granice się rozmywają. 

Istnienie potrzebuje siły, dzięki której może być dostrzeżone. Widmontologia jest próbą wytworzenia takiej opowieści o świecie, która będzie wrażliwa na zjawiska słabe, które nie mają siły, by same się ukonstytuować. Widmonotologia w odróżnieniu od ontologii byłaby więc myślą opiekuńczą. Samo widmo ma status intruza, jest barbarzyńcą, nomadą, który pracuje na dwóch poziomach: z jednej strony nawiedza zastane, mocne struktury ontologiczne, z drugiej uchwytuje zjawiska słabe i trudne do określenia. Można powiedzieć, że widmontologia i ontologia są dwiema soczewkami, przez które spoglądamy na świat.

A czy te dość abstrakcyjne rozważania posiadają jakieś odniesienie do praktyki?

Historia filozofii związana jest z dziejami przełomów, wzajemnego przezwyciężania się myśli i pojęć, a myśl słaba, zwrócona ku widmom, pokazuje beznadziejność tej walki o prymat. Co więcej, uświadamia nam, że myślenie samo w sobie związane jest z pragnieniem władzy: obecność posiada ten, kto ma władzę. Myśl słaba chce opuścić to terytorium – jej prekursorem jest Gianni Vattimo, który badając środowiska lewicujące we Włoszech, zauważył, że ich walka o emancypację na polu myśli zawiera w sobie element przemocy. Myśl słaba usiłuje wyjść poza tę orbitę przemocy, z uwagi na co ma ona zastosowanie nie tylko filozoficzno-estetyczne, ale też polityczne. Weźmy przykład z własnego podwórka: nasze rodzime środowiska nacjonalizujące są bardzo mocno uwikłane w dyskurs przemocy, domagają się wcielenia w życie mocnych idei, za które są w stanie – przynajmniej na poziomie deklaracji – ponieść najwyższą ofiarę: śmierć. Mocne idee są absolutne, boskie i nieśmiertelne, i jako takie żywią się ludzkim życiem. Natomiast idee, o których mówi Vattimo, są skrojone na naszą miarę, nie domagają się żadnej ofiary i służą życiu.

A możesz podać przykłady takich słabych idei?

Na terenie filozofii byłyby to czas i bycie, pozwalające na myślenie o istnieniu nie do końca obecnym oraz o podmiocie, który istnieje widmowo. Paradygmat obecności zakłada, że moje istnienie posiadam na własność, jestem podmiotem i ustanawiam siebie na zewnątrz, w przestrzeni publicznej. Natomiast w porządku widmontologii podmiot jest zawsze podmiotem relacyjnym, rozdwojonym, przemawiają przezeń różne głosy: przyszłości i przeszłości. Ja nie ustanawiam siebie w hegemoniczny sposób, nie jestem właścicielem swojego istnienia, dzielę je z innymi. Kiedy teraz mówię, to pewnie jest w tym trochę Derridy, mojego ojca, matki, kogoś kiedyś spotkanego. Język nigdy nie należy do mnie. Na tym właśnie polega widmowość podmiotu. Natomiast jeśli chodzi o czas, Derrida pokazuje, że nie jest on jednorodny. Czas teraźniejszy nigdy nie jest czystą obecnością, bo tę nieustannie podmywają wpływy przeszłości i przyszłości. Mamy więc z jednej strony widma przestrzenne, czyli warstwy, a z drugiej widma czasowe, nakładające się wydarzenia z przeszłości. Widmontologia zajmuje się słabą obecnością przeszłości w teraźniejszości. 

To, co powiedziałeś o podmiocie i czasie, zostało już przerobione nie tylko przez Derridę, ale przez szereg innych myślicieli, choćby przedstawicieli psychoanalizy. Mówienie, że podmiot jest relacyjny, rozdwojony, że język nie należy do nas, nie brzmi radykalnie ani odkrywczo. Myślę, że niektórzy studenci recytują te prawdy przez sen. Dlaczego według ciebie te kwestie pozostają nadal aktualne i po co się nimi zajmować?

Pytasz mnie o aktualność i podkreślasz przy tym upływ czasu, myślisz więc w kluczu modernistycznym: oczekujesz, że oto coś nowego do nas przyjdzie i nas wybawi albo że sami wytworzymy rzeczywistość, która odmieni naszą współczesność i pozwoli nam żyć w jakiejś lepszej bądź gorszej, ale spełnionej epoce. Natomiast tym, co zostało już przepracowane i opowiedziane, nie należy się zajmować, bo już tego nie ma. Tymczasem widmontologia odrzuca pogląd, że żyjemy w jakiejś konkretnej epoce, a co za tym idzie, że możemy oczekiwać nadejścia nowych czasów. Ustanawianie nowych epok jest przemocowe, zaś widmontologia zawiesza ten konflikt pomiędzy nowym i starym, postulując, że stare wciąż żyje w nowym. Kultura współczesna: muzyka, sztuka czy film bardzo dobrze tę widmowość uchwytują. Ten ostatni choćby w zjawisku found footage. Widmontologia odsłania dziwny status „teraz”, które jest bardziej zanurzone w przeszłości niż w teraźniejszości. I też nie obiecuje nam ona niczego nowego, nie twierdzi, że nas wyzwoli od momentu, w którym jesteśmy. To nie jest nurt terapeutyczny ani zbawienny.

W swojej książce sporo miejsca poświęcasz zjawisku retromanii w kulturze współczesnej. Jaka jest geneza tej fascynacji przeszłością? 

Zjawisko retromanii można wyjaśniać na różne filozoficzne sposoby. Simon Reynolds zauważył, że co prawda zawsze tak było, że różne epoki żywiły się przeszłością i sięgały do staroci, ale teraz zjawisko to przybrało na sile: kultura uzależniona jest od niedalekiej przeszłości, która nie zdążyła jeszcze do końca nam umknąć – przeżywamy kolejno fascynację latami 70., 80., 90. i ten dystans wciąż się skraca. Dzisiejsi 15-latkowie zachowują się jak nostalgiczni starcy, kolekcjonujący starocie z pchlich targów. Powodem tej tendencji jest fakt, że przytłoczyło nas nasze własne archiwum. W jednej kieszeni możemy nosić zgromadzoną muzykę, w drugiej bibliotekę książek. Dlatego Reynolds uważa, że już nie tworzymy niczego nowego, tylko przetwarzamy stare. Po prostu nie jesteśmy w stanie wyzwolić się od archiwum. Rozpoznajemy to, co przeszłe, jako to, co inne, co nas funduje i etycznie nie jesteśmy w stanie się tego pozbyć. Nie chodzi o to, że kultura stała się dekadencka. Kultura raczej nie chce już tworzyć żadnych nowości, bo dostrzega w nich coś bardzo opresyjnego. Świeżość zawsze wymagała ofiar, a współczesna kultura nie chce ich ponosić. Nurt nostalgiczny i retromaniakalny jest też wyrazem buntu wobec ekonomii kapitalistycznej – nie chcemy być konsumentami, którzy kupują coraz to nowsze produkty, więc wykorzystujemy to, co stare.

Ale z drugiej strony kapitalizm bardzo dobrze inkorporuje te nostalgiczne praktyki…

Tak, on się nimi żywi. To, co kiedyś było rewolucyjne na poziomie życia codziennego – np. że zamiast kupować nowy rower, używam starego – kapitalizm zawłaszczył, bo zaczął produkować rowery stylizowane na stare.

Zanurzoną w przeszłości widmontologię charakteryzuje też niechęć do tworzenia projektów przyszłościowych. Nie jest to oczywiście niechęć Fukuyamy, który mówi, że przyszłości nie ma, bo żyjemy w epoce spełnionej obecności, i który zresztą pojawia się w twojej książce niczym Lord Vader myśli filozoficznej. Po jednej stronie mamy więc Fukuyamę, z jego pochwałą kapitalizmu jako końca historii, a po drugiej widmontologię, która tworzenie projektów przyszłości uznaje za przemocowe, dlatego zwracając się ku przeszłości, pogrąża podmiot w nieuleczalnej nostalgii i go osłabia. Ale czy tym samym w paradoksalny sposób nie okazuje się rewersem Fukuyamy? Czy w tym projekcie jest w ogóle miejsce dla podmiotowego działania? 

Moja książka była pisana w opozycji do mrzonek o spełnieniu, wobec czego mocno ciąży w zupełnie przeciwną stronę. Ale sam Derrida mówi bardzo dużo o przyszłości: jest umiarkowanym optymistą i nie twierdzi, że zatrzymaliśmy się w skansenie przeszłości i teraz na wzór Fukuyamy będziemy kultywować to, co było dobre, bądź to, co było złe. Zawsze istnieje jakiś ciąg dalszy i on często wydarza się bez nas, bo przyszłość nie posiada nas samych. Derrida mówi też o widmach przyszłości, które noszą w sobie potencjał zmiany, tyle że rozumiana jest ona w słabym sensie: to, co przychodzi, jest tak samo kulawe i zniszczalne jak to, co jest teraz. U Derridy pojawia się rozróżnienie na „futur” i „avenir”, w którym chodzi o to, że przyszłość niekoniecznie nas wyzwoli. Derrida mówi: trzeba poskromić nadzieje związane z obecnością. Dlatego stroni od wielkich idei, wsłuchuje się delikatnie w przyszłość, nie traktując jej przy tym jako czegoś, co ma radykalnie zmienić to, co dzisiaj. Wydaje mi się, że widmontologia ma bardzo duży potencjał krytyczny, ale zdecydowanie uchyla się od budowania nowych projektów przyszłościowych.

W twojej książce pojawiają się też przykłady z pola sztuk wizualnych. Jak sztuka operuje pojęciem widma?

Wszystkie opisane przeze mnie projekty artystyczne są wizualnymi przykładami tego, co dzieje się na terenie myśli, a z drugiej strony trochę tę myśl wyprzedzają. Mają za zadanie pokazać, w jaki sposób widmontologia wiąże się u Derridy z projektem gościnności, który wyrasta z jego myśli społecznej. Gościnność jest projektem politycznym i dzieli się na dwa rodzaje: gościnność warunkową i bezwarunkową. Cały projekt wydaje się bardzo aktualny, bo związany jest z pojawianiem się imigrantów w Europie. Derrida uważnie obserwował przemiany w strukturze społeczeństwa francuskiego, pojawianie się w nim innego i związany z tym problem asymilacji. Polacy dopiero się z tym konfrontują, debatując na temat przyjęcia uchodźców z Syrii. To jest test gościnności. Derrida twierdzi, że zazwyczaj gościnność rozumiemy jako przestrzeganie prawa panującego w danym kraju lub domostwie – gość musi mówić naszym językiem, mieć dowód osobisty, mieć imię, bo musi wziąć odpowiedzialność za to, co się stanie. To jest właśnie gościnność warunkowa. Natomiast gościnność bezwarunkowa byłaby próbą przyjęcia pod własny dach innego jako takiego, charakteryzuje ją więc gotowość na radykalną zmianę. Oczywiście postulat gościnności bezwarunkowej jest o wiele łatwiejszy do zrealizowania w przestrzeni sztuki niż w polu społecznym. W mojej książce przywołuję pracę Jessiki Sue Layton, która wprowadzała się do domów swoich znajomych podczas ich nieobecności. Wcielając się w postać gospodyni domu, przeprowadzała remonty, robiła przemeblowania, malowała ściany na swój ulubiony kolor, przywłaszczała sobie niektóre przedmioty, a także robiła sobie zdjęcia w strojach gospodarzy – była więc gościem niepokornym. Po zakończeniu projektu zorganizowała wystawę, która składała się z rzeczy skradzionych z różnych domów. W ten sposób Layton zakłóciła podział na wnętrze i zewnętrze, swojskość i obcość, zawłaszczając chwilowo pozycję gospodarza i testując wytrzymałość granic oraz cierpliwość niczego nieświadomych, nieobecnych mieszkańców.

Czy jako badacz widm nie sądzisz, że Polska to doskonałe pole do eksploracji? Jak scharakteryzowałbyś nasz widmowy potencjał?

Czekałem na to pytanie, bo dla mnie Polska jest totalnie widmowa. Nasz język i kultura są na widma bardzo wrażliwe. Od lat wczesnoszkolnych edukuje się nas głównie w temacie osób martwych. Ci wszyscy męczennicy, którzy oddali życie za ojczyznę, czy chcemy czy nie, mieszkają w naszych głowach. Większość świąt jakoś jest związana z umieraniem, Polacy bardzo lubią jesień, zapalanie zniczy. Widma bezustannie nękają nas zaprzeszłą potęgą naszego kraju, a z drugiej strony domagają się, by do nich dołączyć. Poza tym polska kultura jest intensywnie nawiedzana przez inne kultury, np. cała filozofia polska jest historią recepcji myśli innych. Uczymy się, kto przeszczepił Hegla na grunt polski, kto Kanta i tak dalej. W filozofii polskiej mamy same widma. W związku z tym paradoksalnie polska kultura ma w sobie wiele śladów innych kultur i wcale nie jest taka homogeniczna. 

Mamy też jeszcze wiele białych plam na widmowej mapie, cała kultura lat 80. i 90. domaga się wskrzeszenia – na przykład doskonałe programy telewizyjne czy radiowe, które można by w sposób twórczy przerabiać. Nie chodzi bynajmniej o ich konserwowanie, tylko o ożywianie w nowych konfiguracjach. Patrząc na te kwestie z jeszcze innej strony, można powiedzieć, że Polska, choć jest bardzo nostalgiczna, wrażliwa na widma, to jednak jest też mocno przywiązana do pojęcia źródła i to ją gubi. Bo może tylko polerować groby zmarłych, kultywować mity, ale nie jest w tych działaniach twórcza, bo nie dopuszcza mutacji. Widma nawiedzają nas w postaci lekcji i przodków, których trzeba słuchać. Są niby nasze, ale nie chcemy pomóc im przemówić. Przeszłość trzyma nas w szachu, dlatego powinniśmy nauczyć się miksować!

Andrzej Marzec – filozof, krytyk filmowy, doktor nauk humanistycznych, adiunkt w Instytucie Filozofii UAM w Poznaniu, redaktor „Czasu Kultury”, współpracuje z niezależnymi ośrodkami kultury: „Kolektywem 1A” oraz „Centrum Amarant” w Poznaniu. Jego zainteresowania badawcze skupiają się wokół: dekonstrukcji, widmontologii, współczesnej estetyki oraz zjawiska Nowej Fali we współczesnym kinie greckim. Autor książki Widmontologia. Teoria filozoficzna i praktyka artystyczna ponowoczesności (2015). Publikował m.in. w „Tekstach Drugich”, „Przekładańcu”, „Kulturze Współczesnej” oraz „Kwartalniku Filozoficznym”.